Jeżeli chcesz otrzymywać informacje z naszego portalu podaj swój e-mail
KOMEDIA I TRAGEDIA SPOTKAŁY SIĘ* Z aktorem, Andrzejem Zaorskim, rozmawia Ewa Biernacka. INTRODUKCJA - Cała moja wiedza na temat cukrzycy – to był film, w którym dubbingowałem Sir Fredericka Bantinga, kanadyjskiego fizjologa, który w 1922 r. wspólnie z asystentem Charlesem Bestem odkrył insulinę, co okazało się przełomem w leczeniu cukrzycy. W 1923 r. otrzymał za to odkrycie Nagrodę Nobla. Razem z nim wyróżniono nagrodą zwierzchnika z Instytutu przy Uniwersytecie w Toronto, gdzie miały miejsce badania – Johna McLeoda, a pominięto Besta. W tej sytuacji Banton dobrowolnie podzielił się premią pieniężną ze swym asystentem.
AKT PIERWSZY: CUKRZYCA I UDAR MÓZGU, CZYLI W ROLI CHOREGO - Jak się okazało, że mam cukrzycę? Jedenaście lat temu, na występach w terenie, wciąż chciało mi się pić, wciąż byłem zmęczony. Myślałem sobie, że już nie mam takiej kondycji, jak dawniej. Ale ponieważ mężczyźni nie chodzą chętnie do lekarza, a aktorzy są twardzi, więc i ja się trzymałem (sądząc, że to samo przejdzie). Przez kilka miesięcy czułem się źle, miałem skurcze nóg. Mój bliski przyjaciel chorował wówczas na stwardnienie rozsiane i miał na początku choroby podobne objawy. Kiedy więc w końcu poszedłem do lekarza i okazało się, że mam cukrzycę, skakałem z radości – w końcu mogło być ze mną jeszcze gorzej. Nie miałem problemu z powiedzeniem o chorobie moim kolegom, powiedziałem od razu wszystkim. Cukrzyca dobrze prowadzona nie jest bardzo uciążliwa. Trzeba ją tylko wpisać w codzienny kalendarz. Ciągle o niej pamiętać. Znaleźć sposób na życie, żeby było przyjemne. Nawet dieta może zawierać dużo rzeczy bardzo smacznych i bez drakońskich ograniczeń. Dawniej brałem zastrzyki tylko dwa razy dziennie, rano i wieczorem, plus minus o stałych porach, teraz moja cukrzyca rozchwiała się na skutek innej choroby. Dwa lata temu przeszedłem incydent udaru mózgu. Po pobycie w szpitalu, gdzie próbowano mi ustawić dawkę insuliny, lekarze orzekli, że najlepiej i najszybciej będzie, jak sam ją ustalę metodą prób i błędów. Jestem teraz na etapie eksperymentowania, dochodzenia do właściwych norm, do stałych zasad, jakie rządzą moimi cukrami – obserwuję „efekt brzasku”, kiedy jest wysoki cukier, potem spadek, po południu lekki wzrost i znowu spadek wieczorem. Analizuję te obserwacje, konsultuję je z lekarzem i korygujemy dawkę. Człowiek chory na cukrzycę musi być swoim lekarzem – najlepszym ekspertem od interpretowania objawów, sygnałów, jakie wysyła ciało. Wsłuchiwać się w swój organizm. Nikt przecież nie zna go równie dobrze, jak on sam. Lekarz musiałby się go dopiero krok po kroku uczyć, a nie ma na to czasu, mając tak wielu innych pacjentów. A prawdę mówiąc, i możliwości.
AKT DRUGI: NA SCENIE, CZYLI FLIRTY Z MELPOMENĄ Swoją karierę zaczynałem w Teatrze Współczesnym pod kierownictwem Erwina Axera. Kiedy byłem już „po słowie”, zaproponował mi angaż Zygmunt Hübner prowadzący Stary Teatr w Krakowie. Co by było, gdybym tam poszedł? Może znalazłbym się w Piwnicy pod Baranami? We Współczesnym były dwa rzędy męskich garderób: Aleja Zasłużonych i Aleja Zadłużonych. Ja byłem w tej drugiej. Ale kto tam ze mną był! Mieczysław Czechowicz, Wiesław Michnikowski, Kazimierz Rudzki, Marian Friedman, ojciec Stefana, Edward Dziewoński. W tej pierwszej byli: Tadeusz Łomnicki, Tadeusz Fijewski. Była tam też mała garderoba damska, na górze przy scenie. Wszystkie te Aleje spotykały się w malutkim bufecie położonym przy Alei Zasłużonych. Prowadziła go gruba Pelcia – bufetowa. Czasy były „bezmięsne”, ale ona zawsze miała wędliny w malutkiej lodóweczce zawieszonej w bufecie pod sufitem, zamykanej na kłódkę. Któregoś ranka przychodzi, otwiera ją, a tam kartka – „Wziąłem 15 dkg podwawelskiej” i jakiś nieczytelny bazgroł w miejscu podpisu. Uderza we wrzask – Ratunku! Okradli mnie! Nawet Axer, który za okupacji we Lwowie był ślusarzem, badał przez lupę tę kłódkę, żeby stwierdzić, czy było włamanie, czy nie. Okazało się, że Michnikowski i Czechowicz zauważyli, że ta lodówka się trochę nie domyka. I przez tę szparkę wcisnęli swój świstek. Kiedy przyszedłem do Współczesnego, Michnikowski i Czechowicz chodzili właśnie w glorii kabaretu Starszych Panów. O mnie wiadomo było tylko, że jestem synem wiceministra kultury. Pamiętam mój pierwszy dzień w teatrze. Jak tylko Czechowicz wyszedł z garderoby, Michnikowski nachyla się do mnie i szeptem mówi – Ten cały Czechowicz, co to za sukinkot! Jakiś jego pociotek jest wicedyrektorem w Ministerstwie Kultury i Sztuki! To on już z takim zadartym nosem chodzi, jakby to nie wiem co był! Wielki mi aktor! A na widok powracającego kolegi przymilnie – Aa, cześć Mieciu!! Wróciłeś? Jak leci? Może kawki ci przynieść? Ten mu ponurym basem odpowiedział – Nie, sam sobie przyniosłem! Jak tylko za Michnikowskim zamknęły się drzwi, mówi do mnie Czechowicz: Ależ to menda, chciałem od niego pożyczyć pięćdziesiąt złotych, na dwa dni, to mi odmówił, a przecież pojutrze jest wypłata. A to kutwa!! To wszystko było pode mnie robione, żebym się przeraził panującymi w teatrze „stosuneczkami”. Gdzie ja się znalazłem? Byłem przerażony! Kiedyś była dyskusja o życiu pozagrobowym i każdy coś tam na ten temat mówił: jeden, że wierzy, drugi, że nie wierzy, a Aleksander Bardini, że absolutnie nie wierzy. Więc zrobili mu numer z duchem. Bardini chce otworzyć szufladę, a ona sama się otwiera. Całą maszynerię zrobił Michnikowski, który był prawdziwą złotą rączką, a Marian Friedman siedział w kącie, widział Bardiniego w lusterku i uruchamiał cały system bloczków, dźwigni i bloczków, które zależnie od tego, co robił Bardini, wysuwały i zamykały szufladę. Kiedyś grali Pastorałkę Leona Schillera. Rolę wołu grał Wiesiek Michnikowski, a w Adama wcielał się Czechowicz, który orał tym wołem. Na premierze, kiedy Czechowicz zawołał: Wio!! wołkowi zapaliły się na zadzie światła pozycyjne. Zaś po komendzie Prr! zapaliło się czerwone światło hamulcowe. Czechowicza łatwo było rozśmieszyć. Jak zobaczył, że to światełko się zapala, to zaczął się kulić, płakać ze śmiechu i jedyne, co mógł z siebie wydusić, to – „To skurwysyn, to skurwysyn”. Kiedy dotarło to do Axera, surowo zabronił używania wszelkiej elektroniki w czasie spektaklu. Wobec tego następnego dnia na scenie Adam bierze w dłonie lejce, podnosi bacik i nagle Michnikowski, specjalnie przymocowanym sznurkiem, unosi derkę, którą był przykryty zad wołu. A tam napis: Brak stopu! Czechowicz zszedł ze sceny.