Jeżeli chcesz otrzymywać informacje z naszego portalu podaj swój e-mail
PIERWSZE KOTY…DO WODY Gdy czwórka podwójna w składzie: Marek Kolbowicz, Adam Korol, Michał Jeliński i Konrad Wasielewski jechała na mistrzostwa świata do Japonii, nikt na nią nie stawiał. Były niejakie przesłanki do twierdzenia, że „wyrosła” medalowa osada (brąz i srebro w Pucharach Świata), ale podium pozostawało w sferze marzeń. – Nie liczyliśmy na mistrzostwo, mieliśmy tylko przeczucia, że będzie medal, ale nikt nie sądził, że ten najcenniejszy – wspomina Michał. – Czułem wówczas pewnego rodzaju odpowiedzialność.
Przypuszczałem, że jeśli nie uda się naszej czwórce stanąć na podium, starsi i bardziej doświadczeni koledzy będą chcieli zakończyć swoją sportową karierę. To było moje osobiste, trochę irracjonalne poczucie odpowiedzialności. Może podświadomie związane też z cukrzycą, bo nie wiem, jak odnalazłbym się w sytuacji, gdybyśmy w ogóle nie stanęli na podium. Na szczęście życie oszczędziło mi tego. Pod wpływem wielkiego stresu człowiek myśli różne rzeczy i jest gotów zwątpić w siebie. Racjonalnie nie miałem ku temu powodów, ale obawiałem się. Dlatego, gdy przypłynęliśmy na metę jako pierwsi, cieszyłem się potrójnie!!!
DWA RAZY DO TEJ SAMEJ RZEKI Udane starty na wszystkich zawodach w 2006 r. (w tym poprawienie rekordu świata ustanowionego dwanaście lat temu), plasowały osadę Michała w ścisłej światowej czołówce wioślarskiej. – Byliśmy faworytem mistrzostw świata w Eton. Sami też czuliśmy, że nasza łódź dobrze płynie. Mieliśmy większą pewność siebie, byliśmy bardzo dobrze przygotowani pod względem kondycyjnym, wytrzymałościowym, technicznym. Start z pozycji mistrza jest bardzo trudny. Drugie zwycięstwo, po tak długim braku mistrzów świata w polskim wioślarstwie (Sycz i Kucharski poza konkurencją), to wielkie zobowiązanie i obciążenie psychiczne. – Wszyscy na nas liczyli, my sami na siebie także. To była walka nie tylko z materią (wodą, oporem, łodzią), ale głównie z sobą samym. Ruchy jak nigdy musiały być precyzyjne, siły rozłożone na cały bieg i co najtrudniejsze – trzeba było utrzymać nerwy w ryzach, bo w stresie popełnia się najwięcej błędów.
DO WIELU RAZY SZTUKA Rok 2007 był pasmem samych sukcesów czwórki podwójnej, która zwyciężała we wszystkich regatach. Pod koniec sierpnia załoga najszybszej na świecie łodzi stanęła przed trudnym wyzwaniem w Monachium: obronienia dwukrotnego mistrzostwa świata. – Mieliśmy bardzo pozytywne nastawienie, byliśmy niezwykle zmobilizowani, ale odczuwaliśmy też ogromną presję. Myślałem: wszyscy na nas liczą, mają nadzieję, że znowu wygramy. Co będzie, gdy nie uda się zdobyć trzeciego złota? Stanowczo trudniej utrzymać się na szczycie, niż na niego wchodzić. O ile drugi tytuł był bardzo prawdopodobny, więc i radość z niego nie była tak euforyczna, o tyle medal w Monachium zwalił mnie z nóg. Pokazaliśmy, że jesteśmy, a więc także i ja, prawdziwymi mistrzami, że te dwa wcześniejsze zwycięstwa nie były przypadkowe. Zawody obserwowało z trybun 15 tys. osób, w tym dużo Polaków, i był niesamowity doping. Niedaleko przed metą nie słyszeliśmy już swoich komend. Czułem wtedy jakąś doniosłość chwili. Adrenalina mnie rozsadzała, byłem podekscytowany. To niezwykłe uczucie, gdy przekracza się linię mety jako pierwszy. Czujesz, jak w jednym momencie coś ciężkiego uwalnia ciało, puszcza stres i napięcie, pojawia się wrażenie lekkości, ulgi. A potem już tylko szał. Superuczucie.