Jeżeli chcesz otrzymywać informacje z naszego portalu podaj swój e-mail
PIEŚNIARKA HIPNOTYZERKA Potrafiła wyśpiewać koszmar, jaki przeżywało tysiące czarnych kobiet w rasistowskiej Ameryce pierwszej połowy XX w., dając im ukojenie i dodając siły. Sama jednak tego ukojenia we własnym życiu nie znalazła, wciąż przeżywając koszmar, nie mogąc uwolnić się od wspomnień i blizn, jakie pozostawiła w jej duszy przeszłość. „Lady Day” zmieniła muzykę jazzową, ale nie mogła uciec od traumatycznego dzieciństwa.
Nie wiele wiadomo o pierwszych latach „Lady Day”, jak ją nazywano. Eleanora Harris urodziła się 7 kwietnia 1915 roku w Filadelfii. Jej ojciec, Clarence Holiday, był gitarzystą i wcześnie porzucił rodzinę. Rodzicielstwo nie było również powołaniem jej matki, Sadie, więc artystka dorastała w poczuciu osamotnienia i braku miłości. W wieku 11 lat została zgwałcona. Związany z tym szok i pobyt w ośrodku opiekuńczym położyły się cieniem na jej dalszym życiu i relacjach z ludźmi. Ciągłe poczucie niższości i desperackie poszukiwanie miłości prowadziły do zachowań autodestrukcyjnych. Brak zainteresowania ze strony najbliższych sprawił, że już jako kilkunastoletnia dziewczyna poznała ciemną stronę życia w murzyńskim getcie. Pracowała raz jako służąca, innym razem jako prostytutka, poznała smak narkotyków i alkoholu, co stało się przyczyną jej życiowej tragedii.
Od koszmaru do sławy W 1929 r. Billie wraz z matką przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie początkowo pracowały jako prostytutki, za co zostały aresztowane. Przypadkowo otrzymała pracę wokalistki w jednym z nocnych klubów Harlemu. Chociaż jej głos nie był wybitny, poczucie rytmu, temperament i swing sprawiały, że jej występy cieszyły się sporym powodzeniem. Dzięki tym pierwszym sukcesom postanowiła poświęcić się muzyce. Pomimo braku wykształcenia i traumatycznych doświadczeń we wczesnej młodości, Billie śpiewała coraz lepiej i występowała w klubach z nielegalnie sprzedawanym alkoholem – w USA były to czasy prohibicji. W jednym z nich odkrył ją John Hammond, który był pod ogromnym wrażeniem talentu dziewczyny. W 1933 r. Hammond zorganizował jej sesję nagraniową z udziałem Benniego Goodmana, i chociaż utwory pokazują raczej możliwości towarzyszących jej instrumentalistów, był to początek wielkiej kariery. W 1934 r. koncertowała już w najsłynniejszym klubie Harlemu – Apollo Theatre i nagrywała przy akompaniamencie Wilsona, Goodmana, Roya Eldridge'a i Bena Webstera. Już wtedy widać było niepowtarzalny talent interpretacyjny artystki, dzięki któremu każdy utwór zmieniała w opowieść o dużym ładunku emocjonalnym. A zelektryzowana publiczność w napięciu czekała na dalszy ciąg.
Czas poszukiwań Nie zmarnowała swojej szansy. W latach 1937-38 Lady Day występowała z zespołem Counta Basiego. Nawet kiedy odeszła z zespołu nie przestała pracować i wyruszyła w trasę koncertową z orkiestrą Artiego Shawa. Nie była to jednak długa współpraca. Czarna wokalistka w białej orkiestrze była narażona na okrutne ataki rasistów, zwłaszcza podczas koncertów na południu USA. Odeszła z zespołu i od tej pory pojawiała się już jako samodzielna artystka. Nie ustawała też w poszukiwaniach własnego stylu muzycznego. Widać to już na pierwszych płytach. Nagrania z lat 1935-42 należą do najlepszych w jej karierze, ale są to również wyjątkowe karty w historii jazzu. Lady Day miała szczęście do wspaniałych partnerów muzycznych. Na płytach towarzyszą jej najwięksi nowatorzy tego okresu: Benny Goodman, Fletcher Henderson, Count Basie, Johnny Kirby, a standardy „The Man I Love", "All Of Me", "Back In Your Own Backyard” weszły na stałe do kanonu muzyki jazzowej.
Hipnotyzerka dusz Pomimo już stabilnej pozycji w świecie jazzu, jaką Holliday zyskała w latach 30., wielką gwiazdą stała się dopiero na początku 1939 r., kiedy śpiewała w klubie Café Society. Od razu zdobyła sobie mieszaną, czarno-białą publiczność. W tym roku też po raz pierwszy nagrała utwór „Strange Fruit” – makabryczną opowieść o linczach popełnianych na czarnych mieszkańcach południa USA. Utwór stał się symbolem dla bojowników o prawa czarnych obywateli, a jej melancholijna interpretacja wstrząsała sumieniami białych słuchaczy. W jej rozwoju artystycznym był to również znaczący moment, w pełni rozwinęła wtedy swój sposób śpiewu stając się inspiracją dla wielu pokoleń wokalistek – oszczędność, powściągliwość i melancholia jej nagrań do dzisiaj hipnotyzuje słuchaczy. W latach 40. nagrała również inne, do dzisiaj popularne ballady: „Georgia On My Mind”, „Body And Soul”, „Solitude” i „God Bless The Child”.
Pustka na szczycie Popularność, którą zyskała, nie wypełniła jednak pustki, jaka towarzyszyła jej od wczesnych lat młodości. Ogromne sukcesy, takie jak występy w największych salach koncertowych i ogromne nakłady płyt, nie pomogły jej poradzić sobie z traumatyczną przeszłością. Alkohol i marihuana, które od dawna były jej wiernymi i „niezawodnymi” towarzyszami, stały się wręcz niezbędne do codziennego funkcjonowania. Show-biznes, z jego niejasnymi zależnościami, nie sprzyjał abstynencji, a serdeczność i troska większości znajomości były pozorne. Artystka szukała ukojenia, ale nie mogła go znaleźć ani w częstych romansach, ani wydając pieniądze na stroje i używki. Ogromne tempo pracy i wykańczający tryb życia zaczęły się odbijać na jej zdrowiu psychicznym i fizycznym. Zaczęła odwoływać koncerty, spóźniać się na nagrania, a jej zachowania były często nieobliczalne. Zaczęła również sięgać po twarde narkotyki, które stawały się modne w środowisku artystycznym. Początkowo jej głos na tym nie cierpiał; w ankiecie przeprowadzonej wśród krytyków przez magazyn „Esquire” w 1943 r. została wybrana najlepszą wokalistką jazzową – wyprzedziła nawet Elle Fitzgerald. Jednak już wkrótce heroinowy nałóg miał zebrać swoje żniwo. Ciągłe depresje, problemy zdrowotne stały się jej codziennością. Lekarstwem nie okazało się również małżeństwo z Jimmiem Monroe. Artystka nie znalazła w nim tak poszukiwanego przez siebie spokoju. Para schodziła się i rozstawała aż do rozwodu w 1957 r. Nie były to jednak jedyne kłopoty artystki w tym okresie. W roku 1947 za posiadanie narkotyków została skazana na przymusową resocjalizację w Zakładzie Karnym Zachodniej Wirginii. Na początku lat 50., po kolejnym procesie o narkotyki odebrano jej dokument upoważniający do występów publicznych – nie mogła pojawiać się w miejscach, w których sprzedawano alkohol. Pomimo iż nadal nieźle zarabiała, nie uchroniło jej to od ponownych aresztowań za narkotyki – w 1949 i 1956 r. Niszczący tryb życia zaczął również poważnie uszkadzać jej głos. Ostatnie nagrania wielkiej gwiazdy są momentami prawie niezrozumiałe. W maju 1958 r. Billie Holiday trafiła do szpitala z powodu marskości wątroby i poważnych problemów z krążeniem, będących najprawdopodobniej konsekwencją nie tylko nadużywanych heroiny, ale i rozwiniętych powikłań cukrzycy. Ponieważ nadal była ścigana przez policję w związku z oskarżeniami o posiadanie narkotyków, władze nałożyły na nią areszt w szpitalu. Jedna z największych gwiazd w historii muzyki zmarła w upokarzających warunkach, jako więzień, 17 czerwca 1959 r., w wieku 43 lat.