RedakcjaSklepReklamaArchiwumMapa serwisurss
CukrzycaDietaLeczenieŻycie aktywneUroda i zdrowieLudzie
sweet new

Wydarzenia
Sylwetki
Społeczeństwo
Blogowiec
 

Jeżeli chcesz otrzymywać informacje z naszego portalu podaj swój e-mail

 



moja cukrzyca

Diabetica

Książka R. Hanas

 

Ośrodki Pomocy Społecznej
Linki do stron o cukrzycy
Fundacje i stowarzyszenia
Linki organizacji
Oddziały NFZ
Rzecznik praw pacjenta
Biura praw obywatelskich
 

 
MARZENIE O KILIMANDŻARO

„Dotrzeć tam, gdzie wcześniej tylko marzenia docierały”- to motto wymyśliłem dla mojej żony Ilony po tym, jak trzy lata temu przeczytała artykuł o wyprawie na Kilimandżaro i powiedziała, że musi zobaczyć wschód słońca nad Afryką i to z Dachu Afryki, czyli ze szczytu Kilimandżaro.

Pasja do podróży i podróż w cukrzycę
Jak długo znam Ilonę, podróże zawsze były jej pasją. Dlatego najpierw podjęła naukę w Policealnym Studium Turystycznym w Kłodzku, a później na kierunku Turystyka na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu.
W 1999 r., gdy byliśmy już małżeństwem i mieliśmy jedno dwuletnie dziecko, przyszło nam zmierzyć się z niezmiernie trudną wiadomością. Po wizycie u lekarza, do której skłoniły Ilonkę (miała wtedy 27 lat) niepokojące objawy – ogólnego zmęczenia, osłabienia, utraty wagi, niekończące się pragnienie, senność i pogorszenie wzroku, opuszczała gabinet, wiedząc, że jej trzustka nie wydziela insuliny. Okazało się, ze jest chora na cukrzycę typu 1. To był moment, w którym na chwilę świat legł w gruzach. Jednak dwa tygodnie fachowej opieki w szpitalu w Poznaniu przyniosły pierwsze pozytywne skutki. Poza wyrównaniem cukrzycy (początkowo poziom cukru we krwi wynosił 580 mg/dl), zdobyciu wiedzy o pomiarach cukru, wstrzykiwaniu insuliny i obliczaniu wymienników węglowodanowych w posiłkach, żona opuściła szpital już pogodzona ze swoją chorobą. Pielęgniarki opiekujące się nią przekonały ją, że z cukrzycą da się żyć normalnie, nie rezygnując w zasadzie z niczego, co świat oferuje zdrowym ludziom.
Postanowiliśmy oboje, że choroba nie zmieni naszego życia, że dalej będziemy razem robić to, co kochamy, a więc uprawiać różną aktywność fizyczną. Nadal będziemy organizować sobie wycieczki rowerowe, chodzić na basen, biegać, spacerować na nartach biegowych, tańczyć - co razem uwielbiamy robić, a przede wszystkim podróżować. Jakby na przekór naturze, żona namówiła mnie na jazdę konną, a w kwestiach podróży podejmowała coraz to trudniejsze i ciekawsze wyzwania.
Każda kolejna podróż wzbogacała nasze życie i niezmiernie nas cieszyła. Podczas rowerowych podróży urzekły nas romantyczne zachody słońca na urokliwej wyspie Bornholm, jak również kontrasty między miejscami wypoczynku na wyspie Rugia – stylowymi pięknie odrestaurowanymi pensjonatami a kilkukilometrowymi opustoszałymi blokowiskami, zbudowanymi za czasu istnienia NRD wzdłuż wybrzeża dla wypoczywających robotników. Każdy „wypad” na biegówki pozostawiał niezapomniane wrażenia kontaktu z naturą, która bajecznie przykrywała czapami śniegu dostojne świerki.

Apetyt na urzeczywistnienie marzenia 
Jednak największą naszą pasją są góry. Dlatego w zeszłym roku zaplanowałem podróż po włoskich Dolomitach, gdzie w ciągu siedmiu dni zdobyliśmy trzy Tofany oraz najwyższy szczyt Dolomitów - Punta Penia 3343 m n.p.m. (w paśmie Marmolady).
Po tej wyprawie apetyt na urzeczywistnienie marzenia - postawienia stopy na najwyższym szczycie Afryki - był już nie do opanowania. Jednak nasz wyjazd do Afryki nie był prosty. Na apel o pomoc w realizacji naszego projektu zareagowały firmy Novo Nordisk oraz Roche Diagnostics. Również Akademia Wychowania Fizycznego w Poznaniu, w której pracuję, nie odmówiła nam pomocy. Teraz dotarcie do marzenia stało się już realne.

W deszczowym lesie nawet deszcz nie padał
4 września 2005 r. o 7.50 wylądowaliśmy w Nairobi, stolicy Kenii. Po jednodniowym pobycie w tym mieście pełnym kontrastów wyjechaliśmy do Arushy, która jest jednym z większych miast Tanzanii i najlepszą bazą wypadową na Kilimandżaro.

6 września. Po dwóch godzinach podróży busem w towarzystwie naszych tragarzy znaleźliśmy się przy Machame Gate – jednej z bram Parku Narodowego Kilimandżaro, znajdującej się na wysokości 1500 m n.p.m. W naszej grupie, która stanęła przed wyzwaniem zdobycia Kilimandżaro, znalazło się sześcioro Polaków, Austriak, Amerykanka oraz Australijczyk. W realizacji planu pomóc nam miało 25 osób – dwaj przewodnicy i ich asystenci, dwaj kucharze oraz zawsze gotowi do pomocy tragarze (Tanzańczycy).

O godz. 13.00 rozpoczęliśmy nasz treking, drogą Machame Route. Od początku zachwyciła nas przyroda. Soczysta zieleń deszczowego lasu, zwisające liany, na których można było się pohuśtać czy kwiatki pojawiające się tu i ówdzie. Deszczowy las sprawił nam niespodziankę, ponieważ zazwyczaj wita gości deszczem, a nam tego oszczędził.
Na pierwszy biwak – Machame Camp (3000 m n.p.m.) dotarliśmy około 19.00. Po objedzie (kolacji) wszyscy udali się na odpoczynek w namiotach.

Poranek 7 września przywitał nas mgłą i pochmurną pogodą. Marsz ścieżką wijącą się miedzy karłowatą roślinnością stopniowo odkrywał pojawiające się zbocza Shiry – jednego ze szczytów Kilimandżaro. Widoki wyłaniających się skalnych zboczy napawy nas zachwytem. Do miejsca kolejnego postoju – Shira Camp (3840 m n.p.m.) dotarliśmy po ośmiu godzinach Tutaj na sporej półce skalnej zobaczyliśmy rozbite namioty śmiałków, którzy przyjechali zmierzyć się ze Szczytem Wolności (bo takie jest tłumaczenie najwyższego szczytu Kilimandżaro – Uhuru Peak w języku swahili).
 

 

Przejdź do strony: 1 2

Dodaj swój komentarz

 

 






 

 
 
 
- strona główna - redakcja - sklep - mapa serwisu - cukrzyca - dieta - zdrowie i uroda - aktywny styl - ludzie - policz się -